Był zły.
Był zmęczony.
Był głodny.
Był zły, zmęczony, głodny i czekał.
I tak już od godziny.
Czekał.
A on nie odbierał telefonu.
I dlaczego on go nie odbierał?!
Da mu jeszcze pięć minut. Tak. Tylko pięć minut. Już tyle czekał, więc pięć minut nie zrobi większej różnicy.
Przerwał wędrówkę i usiadł na jednym z krzeseł stojących pod ścianą. Przynajmniej miał gdzie poczekać.
Poderwał się przestraszony nagłym wibrowaniem komórki. Od razu odebrał, podnosząc telefon do ucha i nawet nie sprawdzając kto dzwoni.
- Hyung, gdzie jesteś? Czekam już ponad godzinę... - rozległ się jego oskarżycielski ton.
- Ji Yong-a - w słuchawce rozległ się cichy głos.
Jednak to nie był głos jego menadżera. To na pewno nie był on. Ten głos należał do jego szefa. Wiedział, że się nie myli, bo po prostu prezes YG miał zbyt charakterystyczny głos, żeby można było go z kimś innym pomylić.
- Tak? - zapytał nagle zaniepokojony.
Nie wiedział skąd wzięło się to uczucie. Pojawiło się niespodziewanie. Zaczęło pełznąć w dół kręgosłupa, zostawiając za sobą nieprzyjemną gęsią skórkę. Zbliżyło się do serca, ciasno je obejmując i przyspieszając jego rytm. Zrosiło plecy zimnym potem.
- Ji Yong-a, tylko się nie denerwuj - w głosie Yang Hyun Suk'a dało się słyszeć uspokajający ton.
- Hyung-nim, jak mam być spokojny, kiedy tak zaczynasz rozmowę - powiedział, próbując nie podnosić głosu.
Niepokój coraz bardziej brał go w posiadanie. Wsiąkał mu w skórę. Porami wlewał się do środka. Próbował wyrwać mu resztki opanowania, którego rozpaczliwie starał się nie wypuszczać z objęć.